O miłości do pokazów mody i niemieckiej precyzji.

Wspomniałam o pokazie Hugo Boss'a. Tak, to był pokaz od którego wszystko się zaczęło. Pamiętam go jak dzisiaj, mimo iż było to w 2006 roku. Pojechałam z Moniką (JAC), wtedy jeszcze nieznaną modelką na specjalnie zaproszenie do siedziby Hugo Boss. Była za młoda by mogli ją zabukować do pracy. Ale nasza paryska agencja postanowiła zaryzykować.

Zostało już niewiele ponad tydzień do naszego pokazu urodzinowego. Właściwe to nawet nie wiem kiedy wpadłam na ten pomysł, ani też w którym roku zrobiłam go po raz pierwszy. Pomysł musiał urodzić się wtedy, kiedy zaczęłam mieć świadomość pokazów. Rozumieć je. I odczuwać w sposób wyjątkowy.
Raz w roku spotykamy się w urodzinowy wieczór GAGAMODELS, w pełnym składzie. Wszyscy. Modelki, modele, fotografowie, wizażyści, styliści, przyjaciele. Ale przede wszystkim rodzice. To dla nich jest ten pokaz. Wyłącznie.

Tak, to był pokaz Hugo Boss. Od niego wszystko się zaczęło. Ot taka dygresja.
Kiedy rodził się w mojej głowie pierwszy pokaz pomyślałam, jak niesamowite jest uczucie siedzenia w pierwszym rzędzie i oglądania swojego dziecka idącego po wybiegu. To nie jest to samo co oglądanie pokazów w telewizji czy internecie. Aczkolwiek przyznaję, że podczas światowej imprezy zwanej Fashion Week potrafię razem z rodzicami śledzić na żywo pokazy w internecie, nawet w środku nocy. I wciąż mam rumieńce na twarzy krzycząc "jest", "o idzie" "patrz jak pięknie wygląda"!
Chcę by rodzice czuli to samo. By podniecali się nawet maleńkimi sukcesami swoich dzieci. By mogli z rumieńcami na twarzy przeżywać każde ich wyjście na wybieg.
Stąd pomysł. Każde moje dziecko angażuje się w pokaz urodzinowy po to tylko by przejść się po wybiegu dla swoich najbliższych. By mama i tata mogli się wzruszyć. I to naprawdę nieważne czy mają za sobą doświadczenie na wybiegu. To nie ma znaczenia. Idą dla nich. Idą dla siebie. I zawsze, uwierzcie mi! zawsze rodzice płaczą ze wzruszenia. To cudowne uczucie móc podarować im tę radość i dumę ze swoich dzieciaków. To znacznie ważniejsze niż dobry catering i świetne wino.
To będą szesnaste urodziny. Trzymajcie kciuki za moje dzieciaki.
Wspomniałam o pokazie Hugo Boss. Tak, to był pokaz od którego wszystko się zaczęło. Pamiętam go jak dzisiaj, mimo iż było to w 2006 roku. Pojechałam z Moniką (JAC), wtedy jeszcze nieznaną modelką na specjalnie zaproszenie do siedziby Hugo Boss. Była zapewne zbyt mało doświadczona by mogli ją zabukować do pracy. Ale nasza paryska agencja postanowiła zaryzykować. Wszystko od początku wyglądało jak sen. Już na samym lotnisku czułyśmy się wyjątkowo. Limuzyna odwiozła nas do siedzimy Boss'a. Niewiele razy w życiu widywałam tak znakomite wnętrza. Chyba, że w albumach o architekturze. Chłonęłam każdy element wystroju upajając się znakomitym smakiem. Czas oczekiwania na naszą kolej mijał nam bezproblemowo. Dziesiątki światowej klasy modelek przemykało koło nas. Przymiarki. Próby makijażu. Lunch. Kolejne przymiarki. Ciuchy. Setki wieszaków. Niemiecka organizacja. Żadnych opóźnień. Żadnej prowizorki. ŻADNEGO rozkapryszonego projektanta. Wszyscy uczynni, pomocni i o czasie. Było już bardzo późno kiedy odebrałam telefon od agenta z Paryża. "Dostałyście ten pokaz. Gratuluję!" Nie zmieniło się nic, poza cichutką radością. Jakąś maleńką dumą w nas. Może nawet bardziej we mnie. Monika była chyba zbyt młoda by wiedzieć jak wiele zmieni to w jej życiu.
Coroczny pokaz Boss'a to pokazanie kilku kolekcji: Green, Orange, Hugo Boss i Boss Black. To dość istotny podział, ponieważ stanowił o ważności pokazu. Dostałyśmy ten mniej ważny ale za to miałyśmy go otworzyć. Dla niewtajemniczonych, otwarcie pokazu to prestiż.
Następnego dnia zabrano nas z hotelu niezbyt wcześnie. Byłam mocno zdziwiona, ponieważ przyzwyczaiłam się, iż w Polsce, nawet jeśli pokaz zaczyna się o 21.00 modelki muszą być zwarte i gotowe o 8 czy 9 rano. Po co ? Ot i to jest różnica między polską a "światem".
Kiedy wysiadłyśmy z samochodu nie mogłam wyjść z podziwu. Na zewnątrz budynku, nawet dość daleko od niego, w środku przysłowiowego pola stanął ogromny namiot. Wielki jak budynek. Aż trudno uwierzyć, że postawiono go w jedną noc. Nie możliwe przecież, żebym go nie zauważyła wcześniej. Weszłyśmy do środka. Kolejne zaskoczenie. Cieplutko. Przeszłyśmy przez wielką salę z eleganckimi stołami. Pięknie przygotowaną do "after party". Wielka czarna zasłona a za nią.. wybieg. OGROMNY. Nie mam miary w głowie ( no chyba, że mierzę biodra modelek :) ale musiał mieć z 300/400 metrów. Setki czarnych krzeseł. Ustawionych w górę jak loża dla kibiców na meczu piłkarskim. Całość porażała. Jak małe dziecko chłonęłam wielkość przedsięwzięcia.
Kiedy "przekroczyłam" kolejną "zasłonę" zrozumiałam dlaczego nie musiałyśmy stawiać się tutaj o 8 rano. Przypomina mi się cytat z jednego z polskich filmów: "I oczom ich ukazał się las. Las krzyży." I OCZOM NASZYM UKAZAŁ SIĘ LAS. LAS LUSTER. Policzyłam je. STO. Sto stanowisk z lustrami, a przy nich po połowie wizażystów i fryzjerów.


Każda modelka miała swojego wizażystę, zamiennie z fryzjerem. Nikt nie siedział i nie czekał. Nikt. Na nic. Modelka nie musiała siedzieć w pełnym makijażu 6 godzin czekając aż jej koleżanki zostaną wymalowane.


Wszyscy byli gotowi w tym samym momencie. Jak na sygnał. Żadnego stresu, krzyków, wszystko przemyślane. Nawet posiłki.
Podczas generalnej próby trwającej 15 minut jedyną modelka jaka pomyliła się na wybiegu była Monika. Poszła w lewo zamiast w prawo. Jeśli zjadł ją stres to nic. Okazał się być naszym przyjacielem. Wróciłyśmy na zaplecze i usłyszałyśmy. "Idziesz w Hugo." Zdębiałam. Nic nie przygotowane. Nie wybrane ciuchy. Pokaz za godzinę. Ale po raz kolejny, już nawet nie wiedziałam który raz, zaskoczyła mnie organizacja. Projektant wziął Monikę na bok, przymierzył ubrania, krawcowa przeszyła, dopasowała. 10 minut i po sprawie. Byliście kiedyś na zapleczu pokazu w Polsce ? Już widzę reakcję u nas. Nie ma szans by to się udało. Spanikowałby nawet piesek stylistki. I tyle by było. Sfotografowana Monika pojawiła się na tablicy pokazu. Jako druga. Pomyślałam: o Boże!

Kiedy zerknęłam za zasłonkę byli już fotoreporterzy. Kilkudziesięciu napewno. W swojej specjalnej loży "pstrykaczy". Goście zbierali się powoli. Podszedł do mnie jeden z organizatorów i zagadał.
"Idź, nic jej nie będzie. Ciesz się pokazem"
"Ale gdzie mam usiąść" - zapytałam
" Jak to gdzie, w pierwszym rzędzie"
No i usiadłam. Szczęśliwa. Podniecona. Przerażona. Wszystkim. Ale czułam coś niesamowitego. Ten rodzaj bicia serca, którego się nie zapomina. Trzęsły mi się ręce kiedy trzymałam aparat. Pokaz sam w sobie nie miał dla mnie znaczenia. Nie pamiętam nawet kolekcji. Zapewne w trakcie jego trwania myślałam coś w stylu "o ta marynarka jest świetna" ale dzisiaj te wspomnienia się zatarły.
To nie był koniec niespodzianek. Nie zdążyłam wyciągnąć aparatu kiedy zaczął się główny pokaz Hugo Boss. Myślałam, że mam czas nim Monika się pojawi. Ale go nie miałam. Otworzyła ten pokaz.
Moja mała Monia otworzyła swój pierwszy prestiżowy pokaz w życiu. Popłakałam się ze wzruszenia. Tak jak rodzice moich dzieciaków robią to na urodzinowym pokazie GAGA. Płaczemy. A co tam! Wolno nam się wzruszać.

Trwa ładowanie komentarzy...